Chciałbym rozpocząć wyjaśnianie przypowieści o dziesięciu pannach (Mt 25,1-13), które symbolizują Boży Kościół i Oblubienicę Jezusa, od zwrócenia uwagi na towarzyszące im przymiotniki: „mądre” i „głupie”. Te mądre tak nazwano, bo osiągnęły cel swojej wiary i starań, a te głupie są jak maratończyk, który dobrze rozpoczął swój bieg, ale z powodu braku sił, determinacji, czy wcześniej wyćwiczonej kondycji nie był w stanie go ukończyć. Na starcie trudno rozpoznać kto jest kim, czyli jak kto pobiegnie. Tak też w zborze nie sposób „na oko” ocenić kto jest tą mądrą, a kto głupią panną. Ponad to wolimy łatkę „głupiej panny” przypinać innym zborom lub osobom, które nie są „od nas”, niż poważnie zastanowić się nad swoją sytuacją. To czas okazuje się najlepszym weryfikatorem prawdy o tym jak jesteśmy przygotowani na powrót swojego Pana. Lata mijają, jedni bracia wzrastają w wierze i jest to widoczne, a inni nie, ale wciąż nie jest do końca oczywiste kto już się na dobre zatrzymał i poddał, a kto jeszcze walczy. Wystartowanie w biegu wiary to ogromny zaszczyt dla każdego człowieka, ale to nic w porównaniu do chwały jaka się wiąże z ukończeniem tego biegu. Nie da się ukończyć biegu, którego się nie rozpoczęło, tak więc zawsze mądre i głupie panny będą miały kilka rzeczy wspólnych. Ja Chciałbym się skupić na tym co je dzieli.
Zostanie sługą Jezusa jest jak dobry start w tym biegu, ale uznanie za dobrego sługę można porównać do ukończenia tego biegu. Być może następny przykład jest jeszcze bardziej wymowny. Rozpoczęcie budowy domu jest sprawą chwalebną, ale dopiero doprowadzenie swojej budowy do końca jest prawdziwą korzyścią i powodem do dumy. Kto nie zgromadził odpowiednich środków na całą budowę ten nie będzie miał za co jej ukończyć. Stąd wniosek, że jeżeli nie jesteś gotowy lub gotowa oddać Jezusowi w swoim życiu wszystkiego co masz, to nigdy tej budowy nie ukończysz, niezależnie od tego jak bardzo teraz cię ona cieszy (Łk 14,25-35). Ten fragment pokazuje w czym jest problem współczesnego podzielonego w swym sercu chrześcijaństwa (Jk 4,4-10), które nie chce się w pełni poddać Jezusowi, pomimo prawdziwego nawrócenia, bo nie chce płacić ceny swojego uświęcenia. O tym jest ta przypowieść. Przygotowanie się do biegu na dziesięć kilometrów nie gwarantuje ukończenia maratonu, a nawet wyklucza osiągnięcie tego zadania, tak jak trening baletowy nie zapewnia dobrego przygotowania do walki bokserskiej (1Kor 9,24-27).
Gdybyśmy użyli bardziej współczesnego języka i porównali biegaczy do wyścigu samochodowego to moglibyśmy powiedzieć, że połowa panien nie dotarła do mety, bo zabrakło im paliwa. Poważny problem. Początek wszyscy mają taki sam, ale koniec już nie. Jesteśmy zatem wzywani do takiej organizacji swojego życia, abyśmy doszli do celu naszej wiary. W języku Starego Testamentu można by to samo powiedzieć słowami z księgi Przysłów, która zachęca nas do podążania drogą Mądrości. Polega ona na szczerym poznaniu i posłuszeństwie nakazom Mądrości. To Ona czyni wielką różnicę pomiędzy ludźmi mądrymi i głupimi zarówno w kategoriach doczesnych jak i wiecznych (Prz 3,35; Prz 15,20; Prz 27,22). Porównując tą myśl z nauką Nowego Testamentu powinniśmy dojść do wniosku, że duchowe odrodzenie dostajemy od Boga za darmo, z łaski, ale mądrość musimy sobie zdobyć, wywalczyć, albo wykupićpłacąc za nią czasem, pracą, a nawet bólem. Podobnie Izraelici musieli zdobyć ziemię obiecaną i darowaną im przez Boga.
Zwróćmy teraz na chwilę naszą uwagę na podstawową symbolikę przypowieści o dziesięciu pannach. Każda z nich ma świecącą się lampę, która symbolizuje światło Chrystusa, więc mamy tu obraz Kościoła, czyli ludzi odrodzonych i to nie powinno budzić naszych wątpliwości (J 3,3-8; Ef 3,14-19). Chrystus w nas jest światłem naszej duszy, a na zewnątrz wydobywa się poprzez nasze przemienione życie, dobre postawy, mądre decyzje i sprawiedliwe postępowanie, czyli dobre uczynki, które nie są podstawą naszego zbawienia lecz jego dowodem (Ef 2,8-10). Tak właśnie Chrystus przez swój Kościół staje się widoczny dla świata jak światło w lampie staje się widoczne daleko poza nią poprzez nasze życie, czyli uczynki (Mt 5,14-16). W taki też sposób stajemy się synami światłości nie będąc światłością lecz mając ją w sobie (J 1,8-12; J 8,12; J 12,35-36; 1J 1,5-7). Dobre uczynki nie będące owocem wewnętrznej przemiany lecz wysiłków ludzkich nie czynią nikogo synem światłości, której nie poznał. To nie powinno budzić niczyich wątpliwości, bo tak naprawdę to nie lampa świeci ale ogień, który się w niej pali. Gdy chodzimy w światłości to krew Jezusa obmywa nas i oczyszcza z naszej winy przed Bogiem, no ale gdy nie chodzimy w światłości jesteśmy jak lampy bez światła, które ogarnęła ciemność i nie ma znaczenia czy kiedyś mieliśmy to światło w sobie czy nie. Takie lampy idą na wieczne potępienie nawet jeżeli w swoim życiu spotkały Jezusa, a nawet zostały odrodzone (Rz 1,18-32; 2Tes 2,10-12). Gdy nie ma oleju, to lampa przestaje świecić i nic na to nie możemy poradzić poza dolaniem oleju.
Dla wyjaśnienia zwyczajów świątynnych i pochodzenia oliwy dzięki której świecił świecznik w świątyni można dodać, że to lud izraelski był zobowiązany dostarczać oliwę do świątyni. To powinno nam pomóc zorientować się w odniesieniu do Nowotestamentowego świecznika i jego światła, bo jest nim Chrystus i światło Jego Ducha. Olej zaś my mamy dostarczyć, aby światło Ducha Świętego wciąż się paliło. To Jezus jest panem swoich zborów i to On zapewnia im światło Swojego Ducha, ale też On może je od pojedynczej osoby lub całego zboru zabrać (Ap 1,12-18; Ap 2,1-5). To jedna z największych tragedii jaka może spotkać prawdziwy zbór Pański pozostający w takiej sytuacji zupełnie bez szans w stosunku do otaczającej go ciemności, która z pewnością „wleje” się również do lampy.
Skoro więc otrzymaliśmy życie od Mądrego Boga do Niego też się stosujmy, bo inaczej grozi nam uznanie nas za głupców (Ps 53,2; Ps 10,4). Zlekceważenie Boga i Jego światła, czyli tego wszystkiego co On nam objawił co do Swoich planów względem nas, powinno nas pobudzać do prawdziwej bojaźni (Mal 3,13-21). Od bojaźni Bożej zaczyna się też prawdziwa Boża Mądrość (Ps 111,10; Prz 1,7; Prz 4,7; albo Prz 8,1-36; Prz 9,1-12; itd). Nie są to słowa skierowane do pogan, ale do Bożego ludu, czyli pośrednio też do nas. Dzisiaj dotyczy to tych wszystkich, którzy uwierzyli Bogu i weszli z Nim w Nowe Przymierze oparte na ofierze Jego Syna, Jezusa Chrystusa. Dzięki niemu doskonałe życie Jezusa może zostać nam przypisane, bo On już poniósł karę za nasze grzechy. Z Jego powodu będziemy mogli się cieszyć życiem wiecznym w chwale Jezusa jeżeli tylko w pracy nie ustaniemy i nie utracimy jedności z Chrystusem, co byłoby dowodem ogromnej głupoty z naszej strony (Gal 6,5-10; Heb 10,26-31; Rz 11,22; Heb 6,4-6). Tak więc niech będzie to dla nas przestrogą, a zarazem zachętą do wytrwałości w toczonym boju, abyśmy nie poddali się żadnej pokusie (Jk 1;12;J 14,23-24; Jk 1,14-16). Nie chodzi bowiem o to, aby komuś coś udowodnić, ale o to aby w czasie powrotu Jezusa nasze lampy wciąż się paliły, a nie gasły. Od tego bowiem będzie zależało nasze wejście na ucztę weselną Baranka (Mt 25,8-13; Ap 19,7-9; Rz 13,12-14; Kol 3,8-17). Jesteśmy więc, wbrew potocznej opinii, powołani do pracy gromadzenia oleju do naszych lamp i to zadecyduje o naszej wieczności (Mt 25,8-13).
To nie jest odosobniona myśl w Nowym Testamencie lecz podobnych obrazów jesteśmy w stanie znaleźć więcej. Mamy mądrych i głupich budowniczych (Mt 7,21-27), z których jedni budowali na skale a drudzy na piasku. Skałą w tym przypadku jest słuchanie i wypełnianie Bożego Słowa, bo jak Jezus powiedział, tą miarą będą mierzeni ludzie chcący się dostać do Królestwa Niebieskiego. Mamy też przypowieść o siewcy zwanej też przypowieścią o czworakiej roli gdzie trzeci rodzaj gleby oznacza ludzi, którzy dobrze rozpoczęli przyjmując głęboko do swoich serc Boże Słowo, z których wykiełkowała prawdziwa wiara, ale którzy nie wyrzekli się ułudy bogactwa i trosk tego świata, co ostatecznie pozbawiło ich plonu (Mt 13,7; Mt 13,22; Mt 13,13-15). Mamy też dwie bardzo podobne przypowieści w dwudziestym piątym rozdziale Ewangelii Mateusza (Mt 25,14-46), które wraz z przypowieścią o dziesięciu pannach są obrazami nauki dotyczącej powtórnego przyjścia Jezusa na ziemię (Mt 24,37-44). Tam też widzimy, że słudzy Jezusa zostaną podzieleni na złych i dobrych. Ci dobrzy otrzymają nagrodę, a ci źli karę należną obłudnikom, zgodnie z ich postępowaniem (Mt 24,45-51). Mamy też rzadko wspominaną przypowieść o sieci (Mt 13,47-50) gdzie wyraźnie dostrzegamy drugi sąd nad tymi, którzy zostali pochwyceni w sieć Ewangelii i odrzucenie w dniu sądu tych złych i niesprawiedliwych. Natomiast wyjaśnienie kryteriów oceny ludu Bożego odbędzie się na podstawie kryteriów podanych powyżej (Mt 13,44-46), czyli tego czy oddali Jezusowi całe swoje życie i wszystko co mają, bo tyle kosztuje ta inwestycja, czyli życie wieczne w chwale Jezusa.
Ukryty skarb w roli i drogocenna perła to symbole mądrości, a nie łaski, i trzeba ją nabyć, a nie czekać aż sama w nas zakwitnie, co dla Żydów było jasne (Prz 2,2-4; Prz 3,13-15). Niektóre tłumaczenia łączą skarb i olej z domem mędrca (Prz 21,20-21). Sądzę, że poprzedzająca przedstawione kryteria przypowieść o pszenicy i kąkolu (lub życicy) też mówi o nabywaniu mądrości (Mt 13,36-43), do czego przekonuje mnie między innymi fragment o oczyszczeniu sprawiedliwych ze złych ludzi w czasie przyjścia Jezusa (Mt 13,40-43). No i tak można by sobie wyszukiwać kolejne fragmenty, ale już tych wspomnianych nie sposób świadomie zignorować. Tak więc życie dostajemy z łaski, a mądrości musimy się nauczyć, albo wykupić ją od życia lub inaczej mówiąc, zdobyć w ferworze codziennej walki o dochowanie Jezusowi wierności zawsze i wszędzie.
Popatrzmy teraz na „ukryty olej” a dokładniej tajemniczy przymiotnik „ukryty”, który pojawia się również w innych miejscach Biblii. Jest on podstawą uznania nas za wiernych nie tylko wtedy gdy w życiu publicznym zachowujemy się nienagannie, ale również wtedygdy w ukryciu dochowujemy Jezusowi wierności, walcząc z cielesnymi pokusami naszej natury.
Głównym celem naszego zbawienia jest upodobnienie nas do Jezusa (Rz 8,28-29), a kto nie chce się temu Bożemu powołaniu poddać, zostanie odrzucony jak pokarm, który nie chce się strawić i zostaje wypluty (Ap 3,15-18).
Równocześnie przymiotnik „ukryty” można odnieść do najbardziej ukrytego miejsca na ziemi, czyli ludzkiego serca. Tam toczą się przeróżne walki, spory, czy debaty, tam ludzie przeżywają romanse z mężatkami, czy sycą się swoimi marzeniami o bogactwie lub sławie, tam człowiek przeżywa swoje pragnienia i dlatego stamtąd wychodzą wszelkie złe czyny, które kalają człowieka (Mt 15,18-19). Zwróćmy uwagę na to jak wiele jest mowy o tym co ukryte w tzw. kazaniu na górze. Zobaczmy też, że jest tam obietnica zapłaty za to wszystko co robi się w ukryciu, bo Bóg widzi w ukryciu (Mt 6,3-4; Mt 6,6; Mt 6,17-18; itd). Widzimy tam zachętę do gromadzenia sobie skarbów w niebie, a chociaż nie pisze tam, że może to być oliwa, to są to bardzo zbieżne z sobą obrazy (Mt 6,20-21). Natomiast dalej czytamy różnie rozumiane podobieństwo o tym, że światłem naszego ciała jest oko (Mt 6,22-24) i kto patrzy na światło, czyli wpatruje się w Jezusa, ten chodzi w świetle, a kto odwraca wzrok od Jezusa, aby szukać gdzieś indziej doczesnych skarbów, w tego wnętrzu światło przygasa. To trochę inny obraz światła w naszym wnętrzu, który jest wciąż zależny od tego co uznajemy za swój skarb, czego w życiu szukamy i gdzie chcemy gromadzić swoje skarby. Nie da się bowiem równocześnie gromadzić skarby doczesne i wieczne, wyciskać pieniądze z czego się da i wyciskać olej do naszych ukrytych lamp. To znaczy można to robić, ale wtedy będziemy żyli z podzielonym sercem i z pewnością zabraknie nam trochę niezbędnego do życia wiecznego oleju. Podzielone serce zwiastuje katastrofę tak jak serce zaprzedane doczesnym bogactwom takim czy innym, bo nie zawsze musi chodzić o pieniądze.
Dostrzegam też obraz mądrych i głupich panien w zestawieniu cichego domu Łazarza, Marii i Marty w Betanii z głośną, oficjalną i religijną Jerozolimą znajdującą się tuż obok. W domu Łazarza Jezus odpoczywał wśród przyjaciół, a w Jerozolimie pełnił swoją publiczną posługę. W domu Łazarza był kochany, a w Jerozolimie szybko ucichły wiwaty na Jego cześć. Tak też można by podzielić chrześcijan, jedni kochają Jezusa i są względem Niego absolutnie szczerzy, a drudzy ze względu na to czego dokonał i nadzieję ratunku przed piekłem oddają Bogu cześć w sposób, który jest formą kupczenia świętością i wzniosłością ofiary Jezusa. Jedni żyją z Jezusem, a drudzy zabijają w każdy możliwy sposób tych wszystkich, którzy są dla nich wyrzutem sumienia i potępieniem ich bezbożnego chociaż religijnego życia. Prawdziwe chrześcijaństwo charakteryzuje miłość do Boga, a to obłudne kieruje się miłością własną i wciąż służy sobie, a nawet próbuje zaprząc Boga do pracy dla siebie, powołując się na wzniosłe obietnice, które nie ich dotyczą.
W Biblii pojawiają się również dwa ważne słowa: „metanoia” i „metamorfoza”. Pierwsze z nich dotyczy przemiany naszego sposobu myślenia (np. Mk 1,15; Mt 3,2) i to naprawdę da się zauważyć czy ktoś wie o czym mówi. A drugie słowo jest obrazem zaczerpniętym z przyrody i dotyczy procesu przemiany żarłocznej i brzydkiej gąsienicy w pięknego motyla. Przychodzi taki czas gdy gąsienica oddziela się od świata zewnętrznego kokonem i zaczyna się zmieniać, aż w końcu z kokonu wychodzi jakby zupełnie inne stworzenie. Tego obrazu używa Bóg aby przedstawić proces naszej wewnętrznej przemiany (Rz 12,2; 2Kor 3,18). Dzisiaj wiele się mówi o „metanoi”, ale niezbyt często słyszy się o „metamorfozie” oraz właściwej interpretacji tego wspaniałego obrazu naszej przemiany.
Warto na koniec dodać, że walka którą toczymy, to walka z grzechem, czyli głównie naszymi cielesnymi pokusami, a dokładniej o pozostanie posłusznym Bogu (Heb 12,1-29). W tej walce muszą zostać zmiażdżone owoce naszej cielesności (Gal 5,13-26). To ich zmiażdżenie w tłoczni okoliczności życia daje możliwość działania w nas Boga, a nawet staje się pożywką dla palącego się w nas światła Jezusa. To się nazywa wydaniem naszych egoistycznych pragnień na śmierć, na ukrzyżowanie, aby Jezus mógł w naszych sercach królować, a chodzi o to aby rezygnować, czyli umierać dla swoich planów i pragnień każdego dnia. To oznacza niesienie swojego krzyża (Łk 9,23-24; Flp 3,7-11). Ta zewnętrzna presja okoliczności i wewnętrzna presja miłości do Jezusa wyrażającej się w walce o dochowanie Mu wierności, tworzą Bożą tłocznię gniotącą nasze cielesne pragnienia, których się zapieramy, a Jezus je usuwa. Tak kształtuje się w nas nowy duchowy olej powstający z niszczenia naszej egoistycznej miłości i wielu różnych jej przejawów. Sami nie dalibyśmy sobie rady, dlatego dzieła tego dokonuje w nas sam Bóg.
Być może można ten wewnętrzny ucisk przedstawiony jako tłocznię owoców naszej ludzkiej zepsutej natury nazwać ogniem przetapiającym nasze wnętrze tak, jak złotnik przetapia złoto, aby usunąć z niego wszelkiego rodzaju brud i różne domieszki innych metali (Mal 3,1-5; Mt 3,11; 1P 4,12-14). Efekt jest bowiem taki sam chociaż obrazy różne. To ogień oczyszczający i zbawienny dla człowieka, bo oddzielający go od jego grzechu.
Gdyby ktoś porównał miażdżenie oliwek w celu wyciśnięcia z nich oliwy do niszczenia w naszych sercach diabelskich twierdz warownych (2Kor 10,4-6), miłości do świata, jakichś kłamstw diabelskich, nieprzebaczenia, pychy, urazów, gniewu, egoizmu lub jakichkolwiek innych przejawów naszej chciwości, buntu względem Boga, czy ludzkich urojeń, albo czegoś podobnego, to raczej bym nie protestował. To właśnie musi zostać zniszczone, aby mogło stać się paliwem Bożej miłości w nas i dowodem naszej miłości do Boga, większej od miłości do tego wszystkiego czego się wyrzekamy (Heb 12,14).
Historia Zboru